Widziałam dziś swoją pierwszą miłość. Po trzech latach bez trudu go rozpoznałam mimo rozmazanego wzroku. Nie sądziłam, że jego widok tak mną poruszy. Chciałam do niego podbiec... zagadać... jednak moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa, a w oczach pojawiły się łzy. Poczułam ból i... szczęście. Ból tego, że wszystko wtedy tak się potoczyło i szczęście, że go widze. Po prostu, że go widze całego. Był sam. Czemu? Gdzie szedł? Czy miał tam daleko? Czego słuchał? Czy nadal uśmiecha sie tak samo? Czy szkoła go nie przytłacza? W głowie mignęły mi pytania, jak strzała. Zaraz potem "to nie fair wobec mojego chłopaka. Pierwsza miłość należy do przeszłości", ale nadal to mną ruszało. Stałam jak wryta, wpatrzona w tak dobrze mi znany, ale odmienny obraz. Myślałam, że zwariuje...
Tylko jedna osoba mogła mnie zrozumieć. I ta osoba była obok. Mój przyjaciel, bliski jak brat. Gdy tamten obraz zniknął mi sprzed oczu spojrzałam na przyjaciela. "Widziałeś go?...czemu...on tu..." schowałam twarz w dłoniach i lekko się zatrzęsłam. Brat mnie tylko przytulił.
Od tego czasu minęło parę godzin. Nadal dręczy mnie widok tego ducha przeszłości... Jak zwykle miał koszule w krate i dżinsy. Nawet nie urósł zbytnio. Dałabym głowe, że słuchał mocnego rocka. Ale... Jakim cudem wpadłam właśnie na niego w kilkuset tysięcznym mieście, pełnym turystów? Dlaczego? To jakaś klątwa, kara? Żebym pamiętała, że nigdy nie zaznam szczęścia w miłości?
Nie mam sie komu z tego wygadać. Przynajmniej pożyje iluzją, że ktoś to przeczyta i spróbuje zrozumieć.
Najgorsze jest to że jestem na siebie zła, bo jeden jego widok zaburzył moje całe wnętrze, a przecież jestem w związku z kimś innym... żałosne....
music
sobota, 8 kwietnia 2017
Kocioł
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz