Dziś znowu nie miałam sie do kogo zwrócić.
Może nie chciałam już obciążać. Bo większość ma mnie gdzieś, albo nie znosi mojego cierpienia.
Nadal czuję jak demony krążą, atakują zmęczone płaczem ciało.
Nie wiem kiedy przestaną rzucać mną jak szmacianą lalką i co rusz namawiać do samoukarania za grzech istnienia. Czuję nienawiść płynącą w żyłach, do tego co krew moja obmywa. Niechęć od skóry wgłąb, do kości. Wszystko buzuje, kotłuje, mimo ciszy wokoło. Ból rozdziera pierś i odbiera dech, każdy radosne uczucie. Każdą radosną emocje.
Perfekcjonizm w kłamstwie (gdzie wszystko prawdą, choć nie ma prawdy), gdzie nie chcesz więcej obciążać duszy zbłąkanej. Gdy patrzysz na wszystkie zielone lampki, ale żadna nie jest światłem zaufania.
Nie dam się zabić. Wręcz nie mogę, nie starczy mi sił, cierpienia. Bo wciąż jeszcze widzę cień spełnienia, światło nadziei. To takie złudne, ale prawdziwe trzyma od przepaści.
Tak bardzo mi zimno, smutno i beznadziejnie. Mam poczucie winy z tego że się mogę na kogoś złościć.
Chciałbym zasnąć, nie obudzić się. Naprawdę. To byłoby takie proste.
Chciałabym przytulić się i usłyszeć "rozumiem", poczuć się zrozumiana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz