music

niedziela, 10 grudnia 2017

Poddasze

Dziś wieczorem jakoś smutno mi w sercu.
Wybaczcie mi irracjonalne marudzenie, ale brakuje mi osoby do śmiechu. W takim sensie że nie muszę się przy niej martwić ani stresować o słowa. Z którą byłabym w stanie się śmiać i u której byłabym wzajemnie priorytetem.
Na nic znajomi z grupy, z klasy, nawet Ci wybrani, losowi.
Każdy kogoś ma. Przynajmniej z otoczenia.
Zawsze wmawiałam sobie, że nikogo nie potrzebuje. Ubierałam maski osoby, która byłaby lubiana przez wszystkich. Myślę że sama się nią stałam, ale zagubiłam prawdziwe uczucia i zdawać by się mogło że nie umiem czuć.
Spędzam czas z innymi. Ale połowa uśmiechu jest z grzeczności. Inaczej byłoby niezręcznie. Grobowa mina jeszcze nikogo nie rozkochała.
Tak samo słuchanie o problemach. Posłuchają i przeważnie nie umieją zareagować. Dlatego nie mówię bez pytania.
Nie mogę... To jest żałosne. Po całej linii. Zgadzanie się na wszystko, przytakiwanie, uśmiechanie i bycie uroczą. Nie jestem tą osobą, ale gdy dochodzi do konfrontacji to zwyczajnie nie jestem w stanie być taką w jaki sposób myślę w środku. Jestem tą jaka będzie akceptowana, rozpieszczana. Maskotka do tulenia.
Chociaż... Takim osobom łatwiej się zwierzyć. Bycie pomocnym, choć odrobinę zawsze mnie cieszy. Szczególnie jeżeli to miła osoba.

Zastanawiam się co zrobić ze sobą. Zostawić jak jest? A może starać się śmielej wyrażać siebie? Z drugiej strony mogę wtedy kogoś nieumyślnie zranić albo zostać zraniona
Uh....
Jak uwierzyć w piękne życie? W siebie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz