music

środa, 16 listopada 2016

Bez tytułu

Mam problem. Problem w swoim związku. Problem, który dotyczy mnie. Nie wiem co zobić, bo są rzeczy i dodatnie i ujemne. A wszystko zamiast wychodzić 2+2=4 to wychodzi 2+2=(nx/n)*20- 36+√3...
Czasem mam wrażenie, że mój rozwój zakończył sie na poziomie 12-latki. Płytkie rozumienie problemów, unikanie odpowiedzialności. Najgorsze jest to, że nie jestem pewna swoich uczuć. Mam go teraz przy sobie, podobno bez względu na wszystko. A gdyby nagle ze mną zerwał, może szok otworzył by mi oczy? Może fakt, że zaczęłam traktować go jak chłopaka, nie przyjaciela, wszystko zepsuł? Powinnam sie zdystansować i spróbować spojrzeć na niego inaczej? Wszystko dzieje sie tak szybko. Jeszcze w styczniu niewiele miałam. A teraz? Szkoła, za dwa lata matura, coś z czego byłam dobra okazuje sie być porażką, jestem w związku z dorosłym facetem, musze myśleć o przyszłości.
Myślałam o zerwaniu pod koniec roku. Chciałam dać sobie te półtorej miesiąca, ale teraz sama nie wiem. Nie chce zrywać, ale czuje się niepewnie, nie wiem czego chce dokładnie, przytłacza mnie to chyba.
Może denerwuje mnie myśl, że mam chłopaka i czuje sie przez to ograniczona? A może czuje gorycz, bo chciałam kogoś poznać na studiach, nie w gimnazjum, przez internet? Może boli mnie, że brak nam wspólnych tematów, bo to czym lubie rozmawiać jego odstręcza i sama źle sie z tym czuje? Albo to, że w jego oczach jestem idealna i mnie przeraża to uwielbienie? Mam wiele myśli, ale żadna nie jest w stu procentach trafna.
Wiecie, chyba zawsze uciekałam. Gdy pierwszy raz w życiu powiedziałam chłopakowi "kocham Cię", nie czekałam na jego reakcje, tylko uciekłam. Zwaliłam na niego swój ciężar i uciekłam. Uciekałam w płacz, później sen, zostawiłam wszystko na ostatnią chwile. Z pewnej perspektywy można uznać, że tak było. Teraz nie wiem co robić.
Hah, powinnam sie uczyć do jutrzejszej kartkówki... nie ma szans, żebym sie skupiła.
Nie umiałabym zerwać. Nie chce, by był smutny. Po za tym jak o tym myśle to boli mnie w środku. Ale czy tak byłoby lepiej? Nie chce być dla kogoś sensem w życiu. To najstraszniejsza odpowiedzialność. To jak bycie superbohaterem. Musisz brać na barki marzenia innych dotyczące Ciebie. Nie lepiej jest jak twoim celem jest coś stałego, niezbyt związanego z konkretnym człowiekiem? Wtedy nawet śmierć nie jest taka straszna. Mój przyjaciel został rzucony przez dziewczyne. Jednak nadal żyje. Ma cel i chce dostać sie na te i te studia. Myśli o własnej przyszłości. Gdyby jego sensem była partnerka to po zerwaniu byłby trupem, wtedy ona mogłaby się czuć winna, przywiązana do niego i odpowiedzialna.
Wybaczcie, nie mam siły już pisać, cała drżę i coraz mocniej zatapiam sie w myślach.
Dobrej nocy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz