Wyszłam z domu w dobrym humorze, ale ledwo co wróciłam, poszłam do pokoju i się popłakałam. Uspokoiłam się po jakiś 30min. Wróciłam do kuchni połoczonej z salonem, zjadłam zimny obiad, tata okrzyczał mnie, że wszędzie zostawiam swoje rzeczy, bo zostawiłam na stole szklanke, potłukł się trochę. Wróciłam do pokoju, znowu się popłakałam i w sumie przez 40 min po prostu siedziałam. Masakra. Nawet "proste" zadanie z matmy jest dla mnie trudne, zawiązanie supła najwyraźniej też... beznadzieja ze mnie. Mam nadzieje, że w tym biegu czasu, ku przyszłości, potknę się i upadnę, rozbijając sobie czaszkę, mózg nie wypłynie, bo go nie mam, więc nikomu nie zrobi to większej różnicy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz