To może od początku.
Drugi dzień z pewnością okazał się lepszy niż pierwszy. Poznałam nawet pewną dziewczynę o podobnych zainteresowaniach. Nie jest najlepiej, ale mogło być gorzej.
Wgl, jak weszłam do szkoły to myślałam, że się popłacze, na wstępie zobaczyłam cztery całujące się/przytulające pary. Nawet nie wiecie, jak bardzo im zazdroszczę, że chodzą ze swoją miłością do tej samej szkoły. Dałabym za to wykasować całe moje dotychczasowe życie, byleby być bliżej mojego chłopaka.
Tylko źle znoszę zmiany. Od jakiegoś czasu przypominam trupa, zgasłam. Głupio przyznać się, ale po ostrej kłótni z matką, która swoją drogą wyglądała, jakby miała mnie uderzyć, pocięłam się.
Po prostu już nie mogłam znieść stresu w każdej części mojego życia.
Ciągle słysze, jaka jestem "wspaniała" albo, że "coś tak dobrze robię" (oczywiście, jak mi się chce, bo w mniemaniu starszych jestem leniwa) i próbuję tego nie zepsuć, bo równie często słyszę, że jestem leniwa, jestem egoistką, zapatrzona w siebie, zbyt poważna, pyskata, że nie szanuje innych i ich pracy, że nie jestem porządna, tylko zboczona, że nie znam życia.
Cały czas uważnie pilnuję co robię, co mówię, bo jeśli choć na chwilę spuszczę gardę to kończę albo zraniona, albo kogoś raniąca.
W sumie można to pilnowanie skrócić do trzech prostych zasad
Szeroki uśmiech
Skwapliwa zgoda (chyba, że ani trochę się nie zgadzasz)
Szczery komplement
To nie jest fair, ale tak najłatwiej nie zrobić sobie wrogów i nikogo nie urazić. Taki przepis na spokojne życie.
Wczoraj zaś był ślub mojej cioci. Poznałam tam całkiem sympatyczną dziewczynę, rok starszą. Mamy kilka wspólnych tematów. Widać, że nie jest specjalnie szczęśliwa, żyje, bo żyje i tyle. Zastanawiałam się później czy byłabym w stanie trochę rozświetlić jej życie. Miałam w gimnazjum koleżankę, kasię, od której w ostatniej klasie usłyszałam, że gdyby nie ja, jej życie nie byłoby takie interesujące, że wprowadziłam do jej życia szczęście :D przyszła do gimnazjum z nieszczęśliwą miłością za sobą, więc ją rozumiałam, ale to, że zrobiłam aż tyle ile powiedziała wydało mi się niesamowite. Może uda mi się to powtórzyć ;D
Jednak najbardziej boli mnie poczucie winy w związku z moim chłopakiem. Kocham go, ciągle o nim myślę, nawet nieświadomie, ale mam wrażenie, że zatruwam mu życie. On też mnie kocha, ale nie wydaje się być szczęśliwy. Wystarczy wpisać w wyszukiwanie rozmowy "przepraszam" lub "wybacz". W ciągu pół roku przeprosił mnie ze 300 razy, czyli dwa na dzień. Gdyby faktycznie zrobił coś za co oczekiwałabym przeprosin, tyle razy, to już dawno zerwałabym kontakt. Ciągle mówię mu, że nie ma za co przepraszać. On swoje. Dołuje się tym i płacze. Czuję się wtedy podle, jakbym mu coś zrobiła. Ma niską samoocenę, a ja często nie umiem się wysłowić, albo powiem coś co go do tych łez doprowadzi. Jest przystojny, uroczy, pożądam go, radzi sobie w różnych sytuacjach, ma zdolności manualne, jest inteligentny, umie doradzić, wesprzeć, jest troskliwy, opiekuńczy, a przede wszystkim mnie szanuje i zwraca uwagę na mnie, można sobie więcej wymarzyć? nie sądzę xD Tylko co z tego, jak ciągle twierdzi, że nie dorasta mi do pięt. Chociaż faktycznie, nie dorasta, tylko przerasta. Czasem zupełnie nie wiem, jak podnieść go na duchu, żeby się nie smucił, nie twierdził, że jest gorszy.
Doradzi ktoś? :(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz