music

piątek, 30 sierpnia 2019

Dobrze się czuję w lokach, które sobie zrobiłam. Wgl dzisiaj pozwoliłam sobie zadbać o siebie. Umyłam porządnie włosy, potraktowałam maską na włosy i ulożyłam je. Później umyłam twarz, wysuszyłam, nałożyłam maskę peel off z węglem. Po ściągnięciu przetarłam twarz płynem micelarnym, by usunąć resztki maski i nałożyłam serum nawilżające.
Przynajmniej teraz nie czuję się jak worek na śmieci. Przynajmniej od szyi w górę. Z resztą jest gorzej. Mam ochotę odrąbać sobie lewą rękę albo chodzić z dopinanym lewym rękawem. Wcześniej miałam taki problem, ale udało mi się wyjść z tego i chodzić w lecie w krótkich rzeczach. Wcześniej nawet przy 30 stopniach chodziłam w długim rękawie i długich spodniach. Jakbym była trędowata... Bo trędowatym się wytyka skazy na skórze, prawda? Nawet na basen nie mogę wyjść. Mój dołek i wstyd rośnie od kilku dni.
I jeszcze nie wiem co zrobić z moimi napadami agresji. Gdy czuję się przytłoczona dużą ilością bodźców (w tym tych psychicznych) to moja frustracja wzrasta do tego poziomu, że zamienia się w agresję wyładowywaną na pierwszej lepszej osobie. Później znowu jestem do rany przyłóż, później zimna i milcząca. Nie rozumiem co dokładnie wpływa na te zmiany. Ale chociaż tyle że biorę antykoncepcje i nie mam tych hormonalnych wahań...
Jestem zepsuta. Nawet nie umiem powiedzieć co czuję. Po prawdzie jedynie się martwię i stresuję. Reszta to albo wynik współdzielenia emocji (np ja i film) albo fikcja. Nic nie czuję. Gdy wejrzę głęboko widzę tam martwą pustkę. Nie mam przyjaciół, którzy byliby łagodni i wysłuchali mnie. Którzy poszliby ze mną i żebyśmy motywowali się nawzajem. Taka sielanka nie istnieje. Głównie z mojej winy, bo łatwo irytuje się negatywnymi emocjami innych. Za dużo ich już słyszałam. I tym bardziej mnie irytują po tym jak spojrzałam na cień śmierci
Ale w takich momentach staram się odpłynąć. Wiecie, wiotczeje mi umysł i dryfuje. Dlatego zapominam o różnych rzeczach.
Chciałabym już zacząć studia. Wiecie, wplątać się w wir terminów i pracy. Gdy siedzę w domu, zapuszczam korzenie i robi się gorzej i gorzej. Dlatego nie znosze niezajętego umysłu. Gry, filmy, rysowanie. Wszystko, każda aktywność bardzo mi pomaga. W takim zastoju zaczynam gnić. Tak jak teraz. Nie myłam włosów, zębów itp. Dopiero dziś coś zrobiłam i dobrze mi z tym. Z chęcią położyłabym się na czyimś ramieniu albo nogach. Na siedząco oparłabym się o ramię. To relaksujące.
Albo gdy ktoś masuje po plecach jednocześnie zajmując się na przykład książką. Wtedy czuję się komfortowo bo cała uwaga nie jest na mnie skupiona i nie muszę być czujna.
Bardzo bym chciała nie wstydzić się swojego ciała, nie wstydzić blizn jak jeszcze jakiś czas temu. Chciałabym znowu być dumna, bo pokazują, jak trudną drogę przeszłam. A nie czuć tego przypalania słowami, gdy ktoś nagle zwraca na nie uwagę :c
Naprawdę czuję się beznadziejna. Nie umiem stawiać kroków, wiem jak, ale nie mam zapału, nie mam motywacji ani dobrego celu. Szczególnie wiedząc, że nie założę rodziny. Nie znajdę osoby, którą pokocham całym sercem, a też nie czuję się na siłach poświęcać dzieciom.

Miałam dziwny sen. Jechałam z rodzicami autem. Wokół sucha wysoka żółta trawa. Dojechałam do małej drewnianej chatki. Trochę przypominała jakąś baszte, bo była wysoka. Ciemne drewno i kilka szpar dających światło tworzyło posępny półmrok, gdzie w snopach światła tańczył drobinki kurzu. Zjechało się więcej ludzi w poszukiwaniu skarbów. Schody skrzypiały w drodze na ostatnie piętro. W pomieszczeniu do którego dotarła było duszno i ciemno. Wnętrze przypominało sypialnie z XX wieku. Drewniane łóżko z białą narzutą z koronką na brzegu. Naprzeciwko drzwi stała szafa o równie ciemnym drewnie jak reszta domu. Obok łóżka stał stolik z serwetą robioną na szydełku, o pod sufitem oprócz lekko tlącej się lampy naftowej wisiały zioła. Pokój przecinały trzy linki. Każda z nich kryła śmiertelną pułapkę chroniącą ukryty stos banknotów. Zjechało się więcej ludzi. Dom został wykorzystany przez psychopatę (pokroju jokera, choć prawdziwego imienia nie pamiętam) w celu stworzenia makabrycznej gry na śmierć i pieniądze. Obecny tu domek-baszta był na łatwiejszym poziomie i jak można było się spodziewać - nagrody już nie było. Wszyscy uczestnicy gorączkowo szukali innej pułapki. Pogrzbałam trochę w mapie na telefonie i pierwsza znalazła to miejsce. Było tylko parę kilometrów stąd, więc rzuciłam się do biegu. Bez samochodu z rodzicami. Uznałam że będzie szybciej i dyskretniej. Niestety inni też się połapali co do lokalizacji. Zaczął się wyścig. Mój bieg wyprzedził dwaj mężczyźni na żółtym sprzęcie do prac drogowych. Uczepiłam się końca i choć próbowali mnie zrzucić, nie spadłam. Po dotarciu nad brzeg skarby na skraju lasu, wyskoczyłam z pojazdu i pomknęłam naprzód. Skorzyłam z 5-10metrowej skarpy w las. Zrobiłam to pochopnie i wystraszyłam się, że stracę życie. Na szczęście pomijając nieprzyjemny stan nieważności w żołądku nic mi się nie stało. Pobiegłam dalej w stronę białego rodzinnego domku w środku lasu, pełnego pułapek.

Więcej nie napisze. Jestem strasznie zmęczona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz