Już jeden dzień po końcu weekendu. Niby było spoko, ale nie czuję zadowolenia. To zapewne kwestia tego że niewiele zrobiłam. Chodzi mi o szkołę, ale to swoją drogą.
Ostatnio zastanawiam się, jaki stosunek ma do mnie mój chłopak, jednocześnie wyrzucając sobie brak wystarczającej asertywności.
Jest ogólnie miły i kochany, troskliwy i wgl. Ale czasami mam wątpliwości, czy kocha to jakie jest moje ciało, zapominając kim jestem.
Nie jestem łatwą osobą, ale mam całkiem zgrabne ciało.
Czy aby przypadkiem nie sprowadzam wszystkiego do fizyczności?
Może to ja traktuje go w ten sposób?
Nie popełnia błędów wobec mojego ciała, ale umysł to inna sprawa.
Czyżbym była zbyt skomplikowana?
Sama nie wiem...
Nie mam siły... Pewnie to kwestia zmęczenia. Wgl nie mam ochoty na spotkania z ludźmi ani na integrację ani nic. I mimo że ten stan jest dołujący to wolę to niż ciągłe dramaty wanien, ryczenie i przejmowanie się na zmianę z momentami szczęścia. Zbyt duże amplitudy, bez możliwości oparcia tego ciężaru na kimkolwiek kto zrozumie.
Nie kocham swojego życia, wolałabym je skończyć, ale mam tylko je i strach przed ostatecznym końcem, że później nic nie będzie lub nawet gorzej, odbiera motywację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz